Holenderska roweroza – zwycięstwo ideologii nad pragmatyzmem

Eko-propagandyści dwoją się i troją by przekonać nas, że rower to wspaniały środek transportu dla każdego i o każdej porze roku. Musimy tylko na wzór Holandii przebudować miasta pod rowery, pozwężać ulice i zlikwidować parkingi.

Prosty argument – że powolny pojazd jakim jest rower zwielokrotni czas dojazdu co też jest kosztem – propagandyści pomijają milczeniem niczym kwestię bezpieczeństwa rowerów cargo.

Problem zimna w zimie i mokrej jesieni też nie zaburza optymizmu rowerowych Zielonych Khmerów.

Wiedzące lepiej od nas samych jak mamy żyć aktywiszcza gwarantują że będzie lepiej. Musimy im tylko uwierzyć na słowo i przebudować miasta. Proste, nie?

No ale w Holandii…

Największym błędem jest wiara, że Holendrzy jeżdżą na rowerach bo to wygodne rozwiązanie problemu transportu.

Jest to bzdura powtarzana przez aktywistów, podczas gdy motywacja Holendrów jest głównie ideologiczna. Poza tym nie mają oni wyboru, ruch samochodowy został tam wyeliminowany, rower jest jedynym realistycznie dostępnym środkiem indywidualnego transportu.

Mają ideologiczną motywację („ratowanie planety”), małe gęste miasta, 10 stopni cieplej w zimie i zero wyboru. Dlatego jeżdżą na rowerach, a nie dlatego że to wygodne.

Warszawa i Amsterdam, średnie temperatury, zaznaczona zima. W Amsterdamie bywa zimno, ale nie mroźnie jak w Warszawie.

Holandia to ukochany kraj i wzór dla rowerowych aktywiszcz. Czy jest to dobry wzór dla Polaków? Uważam że nie, bo holenderska roweroza motywowana ideologią a nie pragmatyzmem.

Oni robią coś co nie działa, bo uważają to za słuszne. Poświęcają wygodę dla ideologii.

Kierowca w Holandii niczym kułak w ZSRR

Od 50-ciu lat w Holandii trwa wojna aktywistów z kierowcami, którą to wojnę ci ostatni przegrali.

Bo kierowca to w Holandii obywatel drugiej kategorii.

Stary holenderski plakat antysamochodowy. Przekaz jasny nawet bez rozumienia napisów. Tym właśnie karmiono Holendrów od 50-ciu lat.

Kierowcy zostali naznaczeni jako mordercy dzieci i planety, egoiści, złodzieje. W Holandii nie ma gorszego kułaka i szkodnika niż kierowca, bycie kierowcą to powód do wstydu.

Doprowadziło do tego 50 lat odczłowieczania kierowców i prania ludziom mózgów przez aktywistów. Te same metody stosują dziś nasi nienawidzący kierowców ekolodzy i aktywiści miejscy.

Holenderska antysamochodowa ideologia to „Mein Kampf” ze słowem „kierowca” wstawionym w odpowiednie miejsca zamiast tego które tam się faktycznie znajduje.

Oczywiście aktywista nie zwalcza ludzi – bo kierowca to nie człowiek. Kierowca to ideologia, to autoholik (a więc człowiek chory, niezdolny myśleć samodzielnie), szkodnik, to samolubny morderca czyhający na życie i zdrowie innych – zwłaszcza dzieci.

Jakże tu ich nie zwalczać? Są i polskie poradniki jak to robić:

Także w Polsce powstają podręczniki do rozkułaczania kierowców. Najważniejsze to odczłowieczyć wroga, bo wtedy można go nienawidzieć i dalej być dobrą uśmiechniętą osobą – jak autorka tej książki.

Czy Holandia to dobry wzór dla Polski, źródło rozwiązań mogących usprawnić nasze życie, podnieść jego jakość? Moim zdaniem nie.

Holandia to przykład zwycięstwa ideologii i aktywiszcz nad zdrowym rozsądkiem – a nie przykład praktycznych rozwiązań transportowych.

Bogatych Holendrów stać na to by marnować czas jeżdżąc na rowerach. Z mózgami wypranymi eko-propagandą są gotowi na poświęcenia – znoszenie zimna, niewygód.

To jest największy sekret holenderskiej rowerozy: nie jest ona rozwiązaniem problemu, tylko ofiarą jaką ponosi tamto społeczeństwo w imię kolektywistyczno-ekologicznych dyrdymałów jakie sobie wbili do głowy.

We własnym mniemaniu Holendrzy są wielkimi zbawcami planety i są gotowi w tym celu poświęcić swoją jakość życia. Bo jakość życia z rowerem jako środek transportu to w dzisiejszych czasach jakość nędzna.

Mamy XXI-wszy wiek, nikt w cywilizowanym świecie nie musi walczyć z zimnem, upałem, wiatrem, deszczem. Jeżeli ktoś to robi, to na pewno nie kierują nim racjonalne przesłanki.

Jego powody muszą być inne niż chęć możliwie szybkiego i wygodnego przemieszczenia się z A do B.

Dlatego bezmyślne kopiowanie holenderskich rozwiązań na nasz grunt spowoduje tylko więcej problemów. Bo ich rozwiązania nie są żadnym rozwiązaniem, to postępowanie motywowane ideologicznie.

Co robią ludzie których nie stać na eko-bzdury?

Moim zdaniem dowodem na nieracjonalność transportowych wyborów Holendrów są wybory ludzi w biednych krajach. Ludzi którzy nie mogą sobie pozwolić na ideologiczne zbytki.

Popatrzmy zatem na azję południowo-wschodnią, krainę skuterów i motocykli.

Żeby było jasne, ja nie postuluję zastąpienia aut skuterami ani kopiowania azjatyckich wzorców. Mi chodzi o to co wybierają ludzie których wybory są nieskażone ideologią czy naciskiem aktywu.

Chyba swobodnie można przyjąć, że ludzie biedni wybiorą to, co daje im największą korzyść przy jak najmniejszym wydatku.

Będąc głodnym i biednym wybiorę więcej gorszego jedzenia niż mało luksusowego. Wybiorę worek ziemniaków zamiast kawałka mięsa. To chyba jasne.

Dlatego uważam przykład Azji południowo-wschodniej za tak cenny. Pokazuje nam on co robią ludzie w biednym kraju gdzie klimat jest dużo lepszy dla jednośladów niż gdziekolwiek w Europie.

Mają sporo deszczu, ale nie mają zimna. Co więc wybierają mieszkańcy Tajlandii, Filipin, Indonezji?

Wybierają skutery i motocykle. Rowerów jest niewiele.

Poniższe video pokazuje jazdę po mieście na Filipinach. Zwróć uwagę jak wiele jest motocykli, moto-riksz, skuterów. I jak niewiele jest rowerów.

Zwróć uwagę jakie pojazdy są zaparkowane na poboczach, przed sklepami itp.

Ludzie z video powyżej wybrali to, co daje im najwięcej korzyści w ramach tego, na co mogli sobie pozwolić.

Oni nie mieli luksusu wybrania tego, co doradzają im rowerowe aktywiszcza bo muszą przeżyć. Ich wybory środka transportu wspierają bezpośrednio przeżycie – pracę, załatwienie swoich spraw, życie towarzyskie.

100% pragmatyzmu, zero ideologii.

Zobacz jak mało ludzi ma kaski – dla nich nawet dbanie o własne zdrowie i życie to zbędny luksus. W porównaniu z naszymi ich drogi to istna rzeźnia.

Ich wybory są nieskażone ideologią ani nawet własnym bezpieczeństwem – i dlatego warto się im przyjrzeć.

Dlaczego nie wybrali rowerów które są dużo tańsze w zakupie i utrzymaniu od skuterów i motocykli? Rowerów które nie potrzebują paliwa?

Dlaczego dominują tam ekonomiczne motocykle i skutery o małych pojemnościach – 125-350cc?

Wnioski są proste i niezbyt zaskakujące: takie pojazdy dają zwykłemu szarakowi najwięcej korzyści.

Dlaczego biedne kraje nie przebudowują miast pod rowery? Z tych samych powodów – bo to zbędny wydatek, istniejąca infrastruktura drogowa służy wszystkim uczestnikom ruchu.

Bezsensowna i niepraktyczna rowerowa organizacja miasta w stylu holenderskim bogatym Holendrom nie robi różnicy. Oni nie walczą o byt, nie spieszą się. Stać ich na to by marnować czas na „ratowanie planety”.

My w Polsce jesteśmy krajem na dorobku. Mamy za sobą półwiecze komuny i sowieckiej okupacji. Nie stać nas na zbytki na które mogą sobie pozwolić na bogatym Zachodzie.

Poza tym Polska to mniej niż 1% światowych emisji CO2. To co zrobimy lub nie jest kompletnie nieistotne z punktu widzenia klimatu. Liczy się co zrobią Chiny (udają że coś robią – faktycznie zwiększają emisje) oraz USA.

My nie możemy pomóc planecie, ale możemy zaszkodzić samym sobie.

Nasze wybory muszą więc być pragmatyczne, jeżeli mamy kiedykolwiek dogonić bogaty Zachód.

Nie możemy sobie strzelać w stopę i przesiadać się na rowery. Niech w stopę strzela sobie Zachód – bo ich stać.

Im wolniej oni będą się przemieszczać, im bardziej sami sobie zaszkodzą, i tym większa szansa że ich dogonimy.

A zanim to się stanie, odłóżmy bajki o rowerowych miastach na właściwą półkę – tą z literaturą science fiction.