Czy podatki w paliwie wystarczają na budowę i utrzymanie dróg?

Tak się jakoś złożyło że skuterzysta (ale też i czasem kierowca auta i rowerzysta zarazem) musi stać się wobec kierowców samochodów adwokatem diabła.

Rolę tą niniejszym przyjmuję nieproszony niczym aktywista miejski rolę naprawiacza miasta, świata i twojego życia.

Post odpowiada na pytanie „czy kierowcy płacą w podatkach od paliw tyle, ile wynoszą koszty budowy i utrzymania dróg?

Szybka odpowiedź – płacą sporo więcej:

Ilekroć ktoś ci spróbuje wciskać ciemnotę, możesz mu wrzucić ten obrazek albo link do tego posta. Nawet jeśli przyjąć wyliczenia Wyborczej a nie moje, to kierowcy przepłacają.

Niestety ekopropagandyści wymyślili całkiem sprytny sposób udowodnienia że jest inaczej.

Według sprawdzonych prawideł starej szkoły propagandy, standardowo mieszają oni prawdę i trochę naciągniętych danych tak, żeby całość brzmiała spójnie.

Poniżej rozmontowuję te manipulacje ekologów i aktywistów.

Bo żeby udowodnić że społeczeństwo dokłada do kierowców, trzeba uciec się do manipulacji. A dokładnie trzeba stworzyć dodatkowe trudno policzalne koszty inne niż sama budowa i utrzymanie dróg.

To właśnie robią aktywiści – mnożą wirtualne koszty. Bo porównanie wpływów z podatków w paliwie i kosztów budowy i utrzymania dróg obalają ich tezę, nawet jeśli użyjemy danych Wyborczej.

Chcę ci tutaj dać do ręki coś, czym możesz odpowiedzieć na zarzuty ekologów. Coś czym możesz odpowiedzieć na ich naciągane tezy i przesławny link do artykułu w Wyborczej którym zwykle się posługują.

No cóż, teraz ty też masz swój linklink do tego posta. Masz ich w końcu gdzie wysłać. Niech teraz to oni walczą i udowadniają, łatwo nie będzie.

Powyższe jest wnioskiem wypływającym z bardzo zgrubnych obliczeń. Jest prawdopodobne że moje dane są niekompletne. Zaokrągleń dokonywałem na niekorzyść powyższej tezy. Aktywiści których o to pytałem nie byli w stanie przedstawić żadnych liczb ani źródeł informacji na temat całkowitych wydatków państwa na drogi.

W debatach na temat transportu to właśnie różni dziwni aktywiści często opowiadają, że kierowcy nie płacą dość by budować i utrzymywać drogi.

Sugerują oni że całe społeczeństwo w jakiś sposób dotuje kierowców którzy nie płacą tyle, ile należy.

Swoją opinię opierają na jednym stale linkowanym artykule w Gazecie Wyborczej. Jest to ich koronny i zarazem jedyny argument na poparcie swojej tezy.

Jeżeli podyskutujesz dość długo, to prędzej czy później dostaniesz tego linka 🙂

Autor artykułu do faktycznych kosztów budowy i utrzymania dróg jakie mu wychodzą (policzył 54 mld rocznie – podobnie do tego co ja policzyłem poniżej) dolicza koszty wypadków (48,2mld), koszty społeczne (37mld), koszty środowiskowe (27mld).

Koszty te wycenia bardzo słono i nie wiadomo w jaki sposób. I to jest niestety powtarzający się schemat w dyskusjach z aktywistami – rozmywanie źródeł danych, brak konkretów.

No bo dyskutuj tu teraz z „kosztami społecznymi”. Co jest kosztem społecznym a co nie jest, ile to jest warte w przeliczeniu na pieniądze itp.

Pod koszt społeczny można podstawić dowolną rzecz i wycenić to na dowolną kwotę.

Z tym merytorycznie dyskutować się nie da się – i pewnie o to właśnie chodzi.

Zwalczając samochody bacz byś sam ich nie zastąpił. Ekologiczna utopia ma swoje zalety: będzie prawdziwa praca dla czukczologów, etnografów i politologów. Bo dziś ci wichrzyciele zajmują się głównie utrudnianiem życia normalnej pracującej reszcie.

Ta teza jest tak skonstruowana by nie dało jej się obalić za pomocą solidnych danych – bo dane te nie istnieją.

Aktywista mówi ci „proszę bardzo, pokaż mi jedną analizę która to obala”. Szukasz w necie – i guzik. Nie ma poważnych analiz na temat wróżenia z fusów o wartości monetarnej społecznych kosztów budowania dróg.

Nie ma działającego przelicznika kosztu psychologicznego stania w korku na złotówki.

To sprawia że te mity o kosztach dróg są tak łatwe do obrony i tak trudne do podważenia.

Cały ciężar dowodu spoczywa na tobie. Aktywista zasłoni się jakąś tam „metodologią europejską” – stworzoną przez aktywistów i nieomylną jak polityka Niemiec wobec ruskich. Męcz się teraz.

Ja nawet nie mam problemu z tym że gość wymyślił sobie jakieś wielomiliardowe teoretyczne koszty np. wypadków. Tak jakbyśmy nie mieli ubezpieczycieli, bowiązkowego OC i zasądzających renty, nawiązki i odszkodowania sądów.

Może zasądzają za mało.

Jeżeli sprawcom i ubezpieczycielom faktycznie udaje się przerzucać koszty wypadków na podatnika, to jest to argument za uszczelnieniem systemu prawnego.

Nie jest to jednak żaden argument za tym, żeby nie budować więcej dróg i zabronić samochodów.

Nie będzie samochodów i dróg – nie będzie wypadków. Proste, prawda? A może prościej byłoby uszczelnić prawo? No bo wiesz, jak nie będzie rowerów, to nie będzie wypadków z udziałem rowerzystów. 100% bezpieczeństwo 😉

Przepisowi, normalni kierowcy nie powodują wypadków, więc nie generują kosztów wypadków. Sami są ofiarami bo płacą większe składki ubezpieczeniowe.

Kierowców nie można wrzucać do jednego worka. Tak jak rowerzystów – zdarzają się też rowerzyści którzy zatrzymują się na czerwonym, znają przepisy.

Wiec jeśli już, to nie wszyscy kierowcy nie płacą dość, tylko drogowi wariaci nie płacą dość. I nie ponoszą wystarczających finansowych konsekwencji swoich działań.

Część z tych ekstra kosztów z pewnością istnieje, tyle że ich uczciwe policzenie to zadanie bardzo trudne – jeśli w ogóle wykonalne.

Te naciągane koszty to jednak nie jest wcale główny problem.

Prawdziwy problem jest w tym, że ekolodzy liczą tylko koszty i straty, a całkowicie pomijają zyski jakie przynoszą drogi. I fakt że są niezbędne.

To tu jest sedno manipulacji tego artykułu w Wyborczej i antysamochodowych aktywistów i ekoszurów. Bez dróg nie ma gospodarki, nie ma budżetu państwa.

Posiadanie dróg to nie wybór jak zostanie weganinem.

My nie możemy sobie powiedzieć że od jutra likwidujemy drogi i samochody żeby nie było wypadków, kosztów środowiskowych i psychologicznych.

Ta rowerowo-bezdrożna utopia przywodzi mi na myśl „Kongres Futurologiczny” Lema. Tam w świecie przyszłości ludzie nie dyszą od jazdy na rowerze, jest jeszcze gorzej.

To jest niewykonalne, nawet z jakimś wieloletnim okresem przejściowym gdzie między miastami budowalibyśmy rozwiniętą sieć kolei (niestety: w wypadkach kolejowych też giną ludzie), a w miastach przechodzimy na rowery towarowe, wózki, tragarzy, próbujemy wyhodować dość koni do zaprzęgów, dla rolników itp.

Wyobrażasz sobie jaką jesień średniowiecza by to zrobiło z gospodarki? W jakim popłochu uciekałby kapitał, firmy?

W kilka lat pozdychalibyśmy z głodu w tym raju pana redaktora z Wyborczej i ekologów. To są być może te warunki, w których sprawdziłaby się teoria Maltuzjańska, ideologiczna prababka dzisiejszej katastroficznej teorii zmiany klimatu.

Nawet w wersji lajtowej (zapewne faktyczny cel ekologów), gdybyśmy tylko przestali wydawac kasę na nowe drogi i przestali utrzymywać istniejące, w kilka-kilkanaście lat wylądujemy w sytuacji jak na video poniżej:

W kraju bez dróg transport czegokolwiek staje się walką. Gospodarka grzęźnie niczym ciężarówka w błocie bezdroży. Drogi to nie wybór, to warunek istnienia cywilizacji. Drogi, porty, koleje, lotniska – to jest cywilizacja.

Ciężko powiedzieć ile PKB generują drogi. Nie było w historii przypadku by jakiś w miarę rozwinięty kraj pozbył się dróg.

Pogarszająca się jakość dróg świadczy zwykle o ubożeniu i rozpadzie kraju, a nie o jego dobrobycie i rozwoju.

Pomimo braku przykładów historycznych, raczej pewnym jest, że bez dróg nie mielibyśmy w ogóle PKB, albo jakieś szczątkowe.

Więc argument o dodatkowych kosztach (środowisko, wypadki itp) kompletnie odpada bo to są rzeczy nie do uniknięcia jeśli chcemy mieć jakiekolwiek PKB, jakąkolwiek gospodarkę czy przynajmniej dość jedzenia.

Uczciwym jest więc policzyć konkrety. Ile państwo wydaje na drogi, ile kierowcy płacą w podatkach od paliw. I porównać te dwie kwoty.

I tylko te dwie kwoty, bo reszta to gdybanie aktywistów, luki prawne (koszty wypadków) i ekonomiczne zgadywanki.

Według ekologów i aktywistów Kongo powinno być jednym z najbogatszych krajów świata. Żadnych dróg, więc i wypadków samochodowych niedużo. Tylko te koszty społeczne…

Porównajmy faktycznie pieniądze, a nie teoretyczne i kompletnie niewykonalne oszczędności lub równie niepoliczalne zyski.

Ja swoje liczę poniżej, pan z Wyborczej policzył też – i co ciekawe wyszło nam podobnie.

Nie można więc powiedzieć że policzyłem źle no bo jak już pan z Wyborczej policzył to on chyba mylić się nie może, prawda?

Tylko że jemu wyszło nie to co chciał więc kreatywnie dołożył te swoje niepoliczalne koszty i założył że państwo może istnieć bez dróg.

Dość śmiałe założenie, to mu trzeba oddać.

Ta moim zdaniem nieprawdziwa opinia jest powtarzana jak mantra przez ideologów. Przyciśnięci nie są jednak w stanie podać żadnych liczb.

To że społeczeństwo dokłada do dróg jest moim zdaniem całkowitą nieprawdą. Policzyłem że jest dokładnie odwrotnie.

To kierowcy płacą więcej niż dostają.

Tylko trzeba pogrzebać, a kto normalny ma na to czas. I na tym bazują ekolodzy. Ewentualnie linkują ci ten cały artykuł z Wyborczej.

Większość się nie wczyta co tam ten ekomanipulator nawymyślał i odpuszczą.

Jeżeli weźmiemy pod lupę same podatki od paliw silnikowych, to kierowcy fundują nie tylko wszystkie inwestycje drogowe oraz infrastrukturę rowerową.

Dokładają się jako płatnicy netto także do transportu zbiorowego, programów socjalnych, kształcenia bezrobotnych magistrów politologii i innych rzeczy na które politycy radośnie wywalają kasę kierowców żeby znów zostać wybranymi do koryta.

Z samej akcyzy od paliw w 2020-stym wpłynęło 33mld zł, na budowę i utrzymanie dróg krajowych i autostrad wydano 18.3mld. Tak że samej akcyzy kierowcy zapłacili dwa razy tyle niż poszło na nowe główne drogi i utrzymanie istniejących, nie licząc nawet VAT-u.

Jeżeli akcyza to 17% ceny litra paliwa, a VAT, opłata emisyjna i opłata paliwowa to razem 25%, to znaczy że z tych podatków wpływa do budżetu więcej niż z akcyzy.

Więc w 2020-stym kierowcy zapłacili w paliwie około 70 miliardów złotych podatków. Na najważniejsze drogi wydano 18.3 miliarda.

Nowsze dane? W roku 2023 budżet centralny chce wydać na transport (także kolejowy, choć głównie na drogi) 31.5mld zł.

To znów mniej, niż zakładane na 2023 rok wpływy z samej akcyzy od paliw mające wynieść około 40 miliardów złotych (45% z 88 mld akcyzy w ogóle). Nie wspominamy znów o VAT-cie którego jest ponad drugie tyle (akcyza to 17% ceny paliwa, VAT i inne podatki – 25%).

Wy zamordyści jesteście wszyscy dokładnie tacy sami. Chcecie mi dyktować co mam jeść, czym jeździć, z kim żyć.

Tak ja rozumiem że drogi to nie tylko budżet centralny, miasta i gminy też budują i utrzymują infrastrukturę.

Kiedy podajesz łatwo dostępne koszty budowy i utrzymania dróg głównych, aktywiści mówią, że to koszty utrzymania dróg poza budżetem centralnym są „gigantyczne”.

Nie potrafią jednak podać konkretnych kwot ani źródeł takiej informacji. Udzielają wymijających odpowiedzi. Mówią że jeśli tego nie wiesz to jesteś głupi.

Jest jasnym że to tutaj – w braku danych samorządowch – jest słaby punkt historyjki o samolubnym kierowcy który dostaje więcej niż płaci.

Informacje które ja zebrałem mogą być niekompletne, ale na pewno dadzą niezłe pojęcie o tym, jakie pieniądze wchodzą w grę i czy są one większe niż wpływy z podatków od paliw.

Poza tym moje końcowe wyniki są bardzo podobne do tych, które uzyskał gość z Wyborczej jeśli nie liczyć dodatkowych kosztów (społeczne, środowiskowe itp.) które wynalazł na potwierdzenie swojej tezy.

Poniżej rozkład wydatków na drogi w Warszawie, czyli opcja maksymalna bo trudno przypuszczać by jakiekolwiek inne miasto wydało więcej:

Wydatki i dochody zarządu dróg miejskich w Warszawie. Odliczając to co kierowcy zapłacili ekstra za parkowanie wydano 280 mln. Teraz poszukaj wpływów od rowerzystów i aktywistów miejskich.

Jeśli chodzi o jakieś sumaryczne zebranie wydatków samorządów to jest gorzej.

Znalazłem tylko jedno zestawienie wydatków samorządów na drogi. Nie mam pojęcia na ile jest wiarygodne, poczytaj i oceń.

Mówi ono że w latach 2015-2020 samorządy wydały na drogi 150,6mld zł. Domyślam się że spora część z tych pieniędzy mogła pochodzić z funduszy Unii Europejskiej ale nie drążmy już tego.

Podzielone przez ilość lat daje to 25 mld rocznie wydawanych przez samorządy na drogi. Dodajmy więc to 25 mld do 18,3 mld wydanych w 2020-stym przez budżet centralny i mamy 43.3 mld wydanych w sumie na drogi w roku 2020.

Panu z Wyborczej wyszło 54mld – blisko.

To z grubsza trochę więcej niż połowa, może dwie trzecie tego co wpływy z akcyzy i VAT-u od paliw w tym samym roku (szacuję że było to około 70 mld). Gdzie się podziała ta reszta, te – bagatela – 27 miliardów?

Gdzie ten darmowy niewegański obiad który niby to dostają kierowcy?

Aktywiści nie lubią dyskusji – demokracji pewnie też nie. Tutaj manipulują nawet cytowanymi przez siebie danymi, pomijając słowa „w centrach miast”.

Mówienie że kierowcy dostają coś za darmo to brednie. Kierowcy to grupa która płaci do budżetu nieproporcjonalnie dużo w stosunku do tego co dostaje.

Mówiąc „płaci” mam na myśli „dopłaca”, czyli płaci dodatkowe podatki, a nie tylko podatek dochodowy który kierowcy też płacą jak każdy. I też mogliby oczekiwać że pieniądze również z tego podatku zostaną w jakiejś części przeznaczone na drogi.

Kierowców w Polsce mamy 22 miliony, to większość podatników tak na marginesie. Kolejna rysa na historyjce o uprzywilejowanych kierowcach. Kierowcy to większość społeczeństwa. Konstytucyjna.

Więc może jednak coś tam im się z tej wspólnej kasy należy? Skoro wpłacają większość podatku dochodowego i całość podatków od paliwy?

O podatku dochodowym w ogóle tu nie mówię, mówię tylko o relacji ekstra podatków od paliw (VAT, akcyza) w stosunku do całości wydatków państwa na drogi.

Warto też zwrócić uwagę na to, że pieniądze wydane przez państwo na drogi to inwestycje. To faktyczny rozwój i majątek. To coś trwałego, coś co będzie służyć naszym dzieciom i wnukom.

To są pieniądze których wydanie będzie przynosić co roku zyski a nie straty jak np. wykształcenie kolejnego siejącego zamęt socjologa czy brodatego politologa-półgłówka w koszulce z Che Guevarą.

Jako grupa podatników odpowiadająca za dużą część budżetu, kierowcy mają święte prawo domagać się by ich pieniądze były wydawane na poprawę komfortu używania aut w naszym kraju.

Kierowcy są w naszym kraju ofiarami wściekłych ataków ze strony środowisk ekologicznych, ruchów miejskich, wszelkich krzykaczy, nieproszonych naprawiaczy cudzego życia i samozwańczych opiekunów uciśnionych mniejszości.

Kierowców nazywa się egoistami, ludźmi nieodpowiedzialnymi. Ekolodzy upatrują w kierowcach i samochodach źródeł wszelkiego zła.

Tymczasem to kierowcy są poważnymi płatnikami netto do budżetu nawet po odliczeniu pieniędzy na budowę i utrzymanie dróg.

Kierowcy, a nie wiedzący lepiej jak mamy żyć aktywiści-zamordyści i wyznawcy zielonego kultu końca świata.

Wystarczy mieć inne zdanie. Aktywiści nie chcą z tobą dyskutować, oni chcą cię kontrolować. Każde ustępstwo wobec nich oznacza bezpowrotną utratę części wolności. A w Polsce w porównaniu z Zachodem naprawdę jeszcze sporo wolno…

Aktywiści mają zwykle dwie lewe ręce, niczego nie generują, oni tylko potrafią krytykować i wyciągać łapę po kasę.

To banda darmozjadów która używa klimatycznej ideologii by postawić siebie na pozycji wyższości moralnej wobec tych, którzy każdego dnia tyrają na swoje i ich utrzymanie.

Zdradzę ci ich mały podły sekrecik: oni wcale nie lubią zwykłych szarych ludzi jak ja czy ty. Oni po prostu nienawidzą bogatych. Stąd ta ich histeria na punkcie SUV-ów.

To grupa odrzuconych przez społeczeństwo przegrywów i hejterków szukających powodu by nie czując wyrzutów sumienia móc nienawidzieć tych, którym poszło w życiu trochę lepiej.

Najśmieszniejsi są tu aktywiści rowerowi. Choć straszni trochę też.

Totalitarna symbolika wiele mówi na temat stanu umysłowego tego środowiska. Czego oni ich uczą na tej politologii za nasze ciężko zarobione pieniądze? No na pewno nie uczą tam historii…

Drogi rowerowe są wliczane w koszt dróg w ogóle, więc buduje się je z podatków od paliwa wpłaconych do budżetu państwa przez kierowców.

Kierowcy to najwięksi sponsorzy infrastruktury w Polsce, także tej nie-drogowej jak koleje, komunikacja zbiorowa, rowery miejskie i setki innych przynoszących straty rzeczy.

Wszędzie tam gdzie płynie państwowa kasa, płyną też pieniądze kierowców. To są miliardy.

W przeciwieństwie do np. rowerzystów, kierowcy zapłacili za swoje drogi wielokrotnie, z dużym naddatkiem który jest wykorzystywany w innych obszarach niż drogi.

Rowerzysta mimo że korzysta z infrastruktury, to nie generuje przy tym żadnych wpływów do budżetu państwa. Kierowca zaś generuje wpływy stale płacąc absurdalnie wysokie podatki w paliwie.

Poza paliwem jest skubany przez samorządy na parkowaniu, w samej Warszawie na 150 milionów rocznie.

Więc do utrzymania infrastruktury rowerowej chcąc czy nie dokładają się kierowcy. Rowerzyści mają infrastrukturę gratis, więc tak naprawdę to drogi rowerowe utrzymuje całe społeczeństwo, niezależnie od tego czy ktoś jeździ na rowerze czy nie.

Rowerzyści sami robią dokładnie to, co zarzucają kierowcom. Czyli są grupą uprzywilejowaną.

Gdzie tu egoizm kierowców? Może chcecie ekorowerzyści jakiś dobrowolny podatek zapłacić? Policzymy ile kosztuje budowa i utrzymanie DDR-ów? Zapłacicie tak jak my kierowcy za odśnieżanie, za naprawy?

Samochód jest wygodny i kierowcy za tą wygodę płacą z olbrzymią nawiązką.

A mimo to państwo zamiast rozwiązywać problemy kierowców czyli korki i brak miejsc parkingowych ciągle eskaluje istniejące i wymyśla nowe opłaty dla kierowców.

Wystarczy wspomnieć obejmujące niemal całość miast strefy płatnego parkowania oraz strefy czystego transportu – nowa płatna niespodzianka dla kierowców która będzie wprowadzana w 2023-cim roku.

W Warszawie już mało gdzie zaparkujesz za darmo. W 2021-wszym ściągnęli z kierowców 150 milionów złotych za parkowanie.

Za moment wszystkie ekspresówki i autostrady też będą płatne choć kierowcy już dawno zapłacili za ich budowę i na bieżąco płacą za utrzymanie w podatkach od paliw silnikowych.

Zamiast za ciężkie pieniądze zabierane kierowcom stworzyć tym kierowcom znośne warunki do korzystania z aut, rozwiązać problem korków oraz braku miejsc parkingowych, państwo radośnie dowala kolejne opłaty.

Chodzi o to, żeby kosztami zniechęcić kierowców do jazdy po drogach za które zapłacili.

W ten sposób można wydać pieniądze kierowców nie na rozbudowę dróg tylko np. podlizać się ekologom, nierobom i masie innych ludzi z rozwartymi szeroko dziobami i czynnym prawem wyborczym.

Czyli zamiast rozwiązania problemu, za własne pieniądze kierowcy dostają tresurę finansową odmianą metody Pawłowa. Ich kasę natomiast dostają „potrzebujący”.

Do tego dochodzą miejscy aktywiści którzy nie tylko chcą kasy kierowców. Chcą też zwężać drogi czyli zmniejszyć komfort kierowców. Domagają się „sprawiedliwego podziału przestrzeni”.

Chcecie się dzielić? Proszę bardzo, na początek podzielimy się kosztami. Bo na razie to chcecie znów coś dostać za darmo.

Następnym razem kiedy przyjdzie ci zielony geniuszu do głowy gardłować o zwężaniu dróg, wysil swoje szare komórki i dowiedz się kto za te drogi zapłacił i kto je utrzymuje.

Podpowiedź: na pewno nie ty.

Nawet ja jeżdżąc głównie na skuterze jednak do tych dróg się dokładam. I mam z tego to co mam – drogie paliwo i korki w których na szczęście nie stoję ze względu na to że mam zwinny pojazd.

Ale żeby nie stać w korkach i nie płacić parkingowych haraczy musiałem zrezygnować z wygody jaką daje samochód.

Tak że drodzy neomarksistowscy ideolodzy i lepiej wiedzący jak mam żyć ekofanatycy: odwalcie się.

Spadajcie na drzewo darmozjady. Albo do kraju waszych ideologicznych idoli – Korei Północnej. To bardzo ekologiczny kraj, poczytajcie sobie jakiego nawozu tam się używa. O takiej ekologii to się nawet C40 Cities nie śniło.

Łapy precz od mojego życia, tego co jem i czym jeżdżę. Nikt was nie prosił o komentarz do mojego życia. Morda w wegańską papkę którą żrecie i cisza mi tu.

Ja jako kierowca płacę za prawo do wyboru środka transportu. Wy jesteście pasażerami na gapę.

W paliwie do auta i skutera płacę też za drogi rowerowe po których sam jeżdżę rowerem oraz za wasze pseudo studia typu politologia, socjologia, filozofia i zaoczna wiedza o Czukczach.

Taniej byłoby was od razu wysłać na kurs dla baristów ale w przeciwieństwie do was ja szanuję cudze wybory życiowe.

Więcej szacunku dla sponsora tumany na i po pseudostudiach z sierpem i młotem na koszulce.

Tragizm tej sytuacji polega na tym, że aktywiści obrażają tych samych ludzi, od których chcą wyciągnąć kasę – czyli kierowców. To bezczelność do kwadratu i dlatego tak tu po nich jadę.

Tyle mojego, ani tutaj ani przy woborczej urnie mnie nie zablokują.

Politycy też zasługują tu na wzmiankę bo po ekologach to kolejni chętni do jazdy na gapę. Chętnie wezmą nasze pieniądze i głosy, ale niechętnie coś dla nas kierowców zrobią.

Post ten napisałem właśnie po to, żeby kierowcy którzy go przeczytają zyskali wiedzę o tym, że im się należy, że są w prawie.

Są w prawie żądać, by ich pieniądze szły na zaspokojenie ich potrzeb. A ujadającym im nad uchem aktywistom mogą bez wyrzutów sumienia pokazać środkowy palec.

Będąc kierowcą zapłaciłeś za dobre drogi i parking, a masz to co masz. Płacisz – wymagaj.

Wymagaj dobrych dróg, miejsca do parkowania, rozwiązania problemu korków. Albo realnej alternatywy dla samochodu.

Bo stojący w korkach zatłoczony autobus to nie alternatywa, tylko pogorszenie mojej jakości życia. Ludzie stoją w korkach nie z głupoty, tylko właśnie z braku realnej alternatywy.

Za to płacisz temu państwu które zamiast działać mnoży opłaty nazywa to rozwiązaniem i – jak prezydent Trzaskowski – puszcza oczko do skrajnych środowisk.

Politycy przyzwyczaili się że mają naszą kasę i głosy za darmo – najwyższy czas to zmienić.